60 lat polskiego rock and rolla

Dokładnie sześćdziesiąt lat temu, to jest 24 marca 1959 roku o godzinie 19:00, w klubie Rudy Kot w Gdańsku rozpoczął się koncert zespołu Rhythm & Blues uznawanego za pierwszą polską grupę big beatową. Co za tym idzie: występ ten jest do dziś traktowany jako symboliczne narodziny rodzimego rocka i muzyki młodzieżowej.

Rhythm & Blues został założony przez Franciszka Walickiego, który zaangażował do współpracy najlepszych muzyków Orkiestry Reprezentacyjnej Marynarki Wojennej „Flotylla”. Nie był to rzecz jasna pierwszy raz, kiedy to „nowe przyszło od morza” – wszak już kilka lat wcześniej cool jazz zaczął opuszczać katakumby, czego dowodem były sopockie festiwale organizowane przez Leopolda Tyrmanda. Zaskakująca może się wydawać natomiast nazwa grupy. Jej repertuar składał się bowiem niemal wyłącznie z rock and rollowych utworów wykonywanych m.in. przez Elvisa Presleya czy Billa Haleya. W tym wypadku dał jednak o sobie znać talent Walickiego do odwracania uwagi muzycznych decydentów przy pomocy sprytnych zabiegów marketingowych*. Jak wspominał w 1994 roku roku Bogusław Wyrobek, jeden z solistów zespołu: „Rock and roll nie był wtedy zakazany, ale ta nazwa rzeczywiście budziła niechęć dorosłych: że wrzask, łomot, huk. Franek – wtedy redaktor Walicki – wytłumaczył nam, że mamy grać na przemian utwory dynamiczne (czyli rytmiczne) i wolne, czyli bluesowe (…). Stąd Rytm i Blues**”.

Pierwszy koncert grupy okazał się ogromnym sukcesem. Sam Walicki pisał o nim w swojej książce „Szukaj, Burz, Buduj” następująco: „Burza oklasków, jakich nie słyszano tu jeszcze nigdy, entuzjazm widowni i wielokrotne domaganie się bisów przekonały nas, że wysiłek zespołu nie poszedł na marne, że właśnie tego dnia dokonano pierwszego wyłomu w murze przestarzałych konwencji muzycznych obowiązujących do tej pory między Bugiem i Odrą”. Już dwa miesiące później, 23 maja 1959 roku, zespół wziął udział w II Ogólnopolskim Konkursie Zespołów Jazzowych i Rozrywkowych zorganizowanym w Warszawie przez „Szandar Młodych”. Otrzymał wówczas nagrodę Stowarzyszenia Autorów, Kompozytorów i Wydawców ZAIKS w postaci… radioodbiornika Bolero. Następnego dnia grupa miała wystąpić powtórnie w wypełnionym po brzegi namiocie na placu Dzierżyńskiego. Jak się okazało, niezbędne instrumenty zostały nieopatrznie przetransportowane do klubu Stodoła. Sytuację utrudniał fakt, że kierownik tamtejszego magazynu wyjechał na weekend z Warszawy. Poszukiwania kluczy trwały osiem godzin i zakończył się sukcesem. Fani, którzy przyszli zobaczyć Rhythm & Bluesa, spędzili cały ten czas w namiocie, w obawie, że stracą dogodne miejsce.

Dynamicznie rozwijającej się karierze grupy sprzyjał fakt, że wśród jej członków nie brakowało muzyków o jazzowym warsztacie oraz charyzmatycznych wokalistów, takich jak Marek Tarnowski czy Michaj Burano. Przeszkodę stanowił natomiast… nadmierny entuzjazm publiczności. Dwa wrześniowe koncerty w warszawskiej Hali Gwardii doprowadziły do żywiołowych, zupełnie spontanicznych manifestacji uwielbienia dla amerykańskiej kultury („Życie Warszawy” donosiło, że wznoszono okrzyki „Jazz! Presley! Mambo-rock”). Czarę goryczy przelał natomiast występ, który odbył się 17 września w katowickim Torkacie. Już następnego ranka członkowie i kierownictwo zespołu otrzymali informację, że muszą stawić się w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Na miejscu przyjął ich niejaki Edward Gierek, który zwrócił się do muzyków następująco: „Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania”.

W październiku zespół otrzymuje pismo z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Wynika z niego, że od tej pory Rhythm & Blues może występować jedynie w salach poniżej czterystu miejsc, co – przy zachowaniu niskich cen biletów – jest z punktu widzenia Walickiego i muzyków zupełnie nieopłacalne. Ostatni koncert zespołu odbywa się 27 października w Klubie Pracowników Żeglugi w Gdańsku. Rhythm & Blues kończy działalność, a planowany początkowo longplay nigdy nie zostaje zarejestrowany.

Grupa zostawia po sobie jedynie kilka nagrań studyjnych dokonanych 26 września 1959 roku. (W telewizyjnych archiwach można prawdopodobnie znaleźć również wideo ze wspomnianego wcześniej konkursu, które jest najstarszym zapisem filmowym dotyczącym polskiego rock and rolla/big beatu.) Niedługo później, w 1960 roku, Walicki tworzy nowy zespół o nazwie Czerwono-Czarni, który – choć ta informacja, aby nie budzić podejrzeń ze strony władz, pozostaje nieoficjalna – stanowi naturalną kontynuację Rhythm & Bluesa. _ * To on spopularyzował, zastępcze wobec „rock and rolla””, określenie „big beat” (tłumaczone jako „mocne uderzenie”) zaczerpnięte z utworu Fatsa Domino „The Big Beat” i używane właściwie wyłącznie przez francuską prasę muzyczną. ** Cytat pochodzi z książki Dariusza Michalskiego „Trzysta tysięcy gitar nam gra” (Iskry, 2015).

❗️Autorem poniższych zdjęć, wykonanych prawdopodobnie we wrześniu 1959 w hali warszawskiej Gwardii, jest Marek Karewicz. Skany pochodzą z książki „Big Beat” M. Karewicza i M. Jacobsona (SQN, 2014)

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *