Czy Just 5 rzeczywiście było pierwszym polskim boysbandem?

Jeden z wariantów odpowiedzi brzmi: „oczywiście, jak najbardziej”. Wszak płyta Bartka Wrony i spółki ukazała się wiosną 1997 roku. Choć „męskie grupy wokalne” nie były na rodzimym rynku niczym nowym (weźmy tradycję rewelerską lat 50. lub znacznie późniejszą grupę VOX), to Just 5 byli pierwszym zespołem skrojonym pod najntisowe gusta, sformatowanym zarówno pod względem wizualnym, jak i brzmieniowym. A przy tym: kompletnie ubezwłasnowolnionym, co raczej nikogo z członków składu nie martwiło – w końcu trafili do zespołu wprost z ogłoszonego kilka miesięcy (sic!) przed premierą albumu castingu. Nasza złota piątka była bowiem konsekwentną i – jak się okazało – dość krótkoterminową kreacją, w której za sznurki pociągał Sławomir Sokołowski – lider zespołu Bolter, którego możecie kojarzyć równiez z discopolowego Amadeo.

Drugi z wariantów odpowiedzi brzmi jednak: nic z tych rzeczy. Pod warunkiem, że ufamy panu Andrzejowi Kosmali. Polski producent – znany przede wszystkim jako wieloletni menadżer Krzysztofa Krawczyka – wraz ze wspólnikiem Ryszardem Kniatem i kompozytorem Robertem Kalickim jeszcze w 1996 roku podjął śmiałą próbę wstrzelenia się w światowy trend, tworząc wokalno-taneczny zespół, który miał podbić serca damskiej publiki. Na wypadek, gdybyśmy mieli jakiekolwiek wątpliwości, grupa przybrała nazwę NOT FOR BOYZ.

W 1998 Kosmala udzielił wywiadu, w którym przyznał, że materiał NFB był gotowy już kilka miesięcy przed premierą „Kolorowych snów”. Niestety, opieszałość wytwórni sprawiła, że boysband, nad którym trzymał pieczę, musiał zadowolić się tytułem wiecznie-drugich. Mimo to zespół zdążył w latach 1997-1999 wydać m.in. jeden regularny longplay („Not For Boyz”), jedną płytę świąteczną („W Blasku Świec”) i zbiór coverów. Jeszcze dobitniejsza niż w wypadku J5 efemeryczność raczej nie dziwi. NFB byli grupą mężczyzn charakteryzujących się dosyć kontrowersyjną urodą, ich umiejętności wokalne rzadko wykraczały poza stany iluzoryczne*, a nad całością unosił się duch repertuarowego obłędu (od numerów z reklamy lodów, takich jak „Na-Na-Na” a.k.a. „Wezmę cię w obroty”, po bigbeatowe covery, aż do generycznych boysbandowych ballad w rodzaju „Wybacz mi”).

Trzeci z wariantów odpowiedz brzmi: nic podobnego, ale z innych powodów. W 1998 na rynek trafiła bowiem pierwsza i ostatnia płyta grupy Hi Street, w którego składzie znaleźli się między innymi Waldemar Goszcz i Marek Sośnicki.

Jeżeli Just 5 byli wychowankami „szkoły backstreeboysowej”, w tym wypadku patronat należałoby chyba przyznać nieco bardziej lirycznym w tamtym czasie Boyzone. Choć data premiery albumu nie pozostawia teoretycznie pola do dyskusji, trudno powiedzieć, kiedy dokładnie powstał zespół oraz kompozycje, które trafiły na debiutancki album zatytułowany po prostu „Hi Street”. Dopieszczone – przynajmniej w zestawieniu z Not For Boyz – aranże oraz szeroko zakrojona akcja promocyjna ściśle związana z początkami stacji TVN mogłyby sugerować, że pierwsze przygotowania poczyniono dobrych kilkanaście/kilkadziesiąt miesięcy wcześniej. Czy tak było? Nigdy się nie dowiemy.

I tak mnożą się pytania – znikąd ratunku, znikąd odpowiedzi. Zostawiam Was z powyższymi wątpliwościami, być może ślepa Temida wyda kiedyś ostateczny i sprawiedliwy wyrok w kwestii „Boysband polski a przodownictwo”.
_
* co ciekawe: jednym z czterech członków był Michał Gielniak, który zdobył już wcześniej sporą popularność wśród discopolowej publiczności – m.in. dzięki piosence „19 miał lat”.

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *