Ewa! Na scenę!

„- Ewa! Na scenę! (…) – She is improvising, nothing you know about…”

Pamiętacie Beatę Kornelię Dąbrowską? Naturalnie, że nie, ale jeżeli użyję jej pseudonimu i dodam do tego jeszcze szlagwort „Oddam ciało, oddam nawet duszę – przecież kogoś kochać muszę”, to jesteśmy już w zgrzebnym milenijnym domu.

Był taki czas, kiedy wszyscy – z lepszym lub gorszym skutkiem – grali przyjazną radiu wersję współczesnego R&B. Najwyraźniej Robert Janson nie chciał być gorszy. Zaproponował współpracę modelce erotycznej znanej jako Ewa Sonnet. W 2006 roku ukazał się jej debiutancki album pt. „Nielegalna”, zawierający wyłącznie numery napisane przez szarą eminencję polskich najntisów i pierwszego surowego jurora III RP (patrz: „Zostań gwiazdą”, talent show emitowany przez TVN w latach 1998-1999), w tym „…i RNB”.

Sam pomysł wydawał się genialny w swojej prostocie: doświadczony muzyk, odpowiedzialny za tak znakomite popowe strzały jak „Piosenka księżycowa” czy „Tokyo”, do tego młoda kobieta, której fizyczność robi spore wrażenie na otoczeniu, no i stylistyka, która wciąż jeszcze święciła triumfy zarówno na mitycznym Zachodzie, jak i w naszym kraju. Wreszcie: cały materiał zmiksował Prince Charles Alexander, człowiek znany ze współpracy z Puff Daddym, Mary J. Blige, Jennifer Lopez, Biggie’em i nie tylko.

„Nielegalną” można dziś traktować jednak co najwyżej jako ciekawostkę, milenijną magdalenkę, która być może wzbudzi chwilowe emocje podczas „youtube party” organizowanego przez ludzi zbliżających się do trzydziestki, ale nic poza tym. Zresztą, mimo przejściowej popularności singla „…i RNB”, nigdy nie było inaczej. Powodów jest rzecz jasna kilka. Po pierwsze: Janson w trakcie pracy nad piosenkami dla Sonnet swoje najlepsze muzyczne lata miał już dawno za sobą. Po drugie: na „Nielegalnej” nie brakuje kuriozów w rodzaju „C’est La Vie” czy „Nie zatrzymasz mnie”, topornych utworów opartych na amatorsko-eurodance’owych bitach. Po trzecie: Sonnet dysponuje arcynieciekawą barwą i ograniczonymi możliwościami wokalnymi, jako wykonawczyni nie ma w sobie ani grama charyzmy.

Słowa „tak, tak, R&B, graj, graj, słuchać nie przestanę” wyśpiewywane przez wokalistkę/modelkę nie okazały się prorocze. Sonnet w kolejnych latach podjęła jeszcze kilka nieśmiałych singlowych prób, nie doprowadziło to jednak do reanimacji jej krótkiej muzycznej kariery. Zostały jedynie wspomnienia dotyczące „konceptualnego” teledysku i dość kiczowata okładka.

(No i jeszcze refren wspomnianego „…i RNB”, którego – czy tego chcemy, czy nie – nie można pozbyć się z głowy)

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *