„Mrowisko” Klanu, czyli zmarnowana szansa

Trzeba przyznać, że członkowie założonego w 1969 roku Klanu zrobili naprawdę sporo, aby nigdy nie osiągnąć pełnoprawnego sukcesu komercyjnego. Mimo że ich pierwsze przeboje, takie jak z „Brzytwą na poziomki”, osiągnęły spory sukces wśród młodzieżowej publiczności, oni sami raczej trzymali się na dystans od środowiska big beatowego i zręcznie omijali branżowe przeglądy i festiwale.

Pech chciał zresztą, że ich pierwsze EP, na które – poza wspomnianym utworem – trafiły też piosenki „Gdzie jest człowiek”, „Nie sadźcie rajskich jabłoni” i „Automaty”, okazało się nieumyślnym falstartem. Jakość płyt wyprodukowanych przez Pronit okazała się bowiem tak niska, że całość zahaczała niebezpiecznie o asłuchalność. (Notabene, nie przeszkodziło to Polskim Nagraniom w wyprzedaniu całego nakładu.) Pierwszy longplay Klanu nijak ma się natomiast do słodyczy, naiwności i frenezji, jaką długo raczyły słuchaczy formacje w rodzaju Czerwonych Gitar. Sam frontman Marek Ałaszewski nie pamięta, kto jako pierwszy wyszedł z inicjatywą i zaproponował zespołowi, aby stworzył muzykę do widowiska baletowego. Pewnym jest natomiast, że szeroka publiczność po raz pierwszy usłyszała (i zobaczyła) „Mrowisko” w roku 1970, podczas opolskiego festiwalu. Wydany kilka miesięcy później album prezentuje Klan u szczytu swoich muzycznych możliwości. Łatwo dosłyszymy się tu wpływów amerykańskiej psychodelii i – wciąż wykluwającego się jeszcze – rocka progresywnego, w tym takich zespołów jak Vanilla Fudge (np. utwór tytułowy). Posłużenie się w wypadku Klanu liczmanem w rodzaju „brzmią jak zagraniczny zespół” byłoby jednak grubym nieporozumieniem. Ałaszewski i spółka zręcznie szafują na „Mrowisku” rozmaitymi, często odległymi od siebie, inspiracjami, czego dowodzi choćby afrobeatowa rytmika zawarta w „Epidemii euforii” czy miejscami latino rockowe „Kuszenie”. Duże wrażenie robi też warstwa wokalna. Lider grupy, któremu wielokrotnie (nie bez przyczyny) zarzucano nadmierne przywiązanie do maniery i techniki śpiewu wypracowanych przez Niemena, wielokrotnie uwodzi słuchacza niemal soulową żarliwością.

Na płycie-widowisku Klanu znalazło się też miejsce dla dość tradycyjnych form musicalowych, takich jak „Na przekór” z niejednoznacznym, a przy tym silnie kontestacyjnym tekstem. Autorem libretta spajającego tę polirytmiczną i wielogatunkową całość jest Marek Skolarski – „Mrowisko”, z literackiego punktu widzenia, stanowi zaangażowaną społecznie opowieść o życiu we współczesnym mieście i bezrefleksyjnym pośpiechu związanym z powyższym.

W świetle powyższego należałoby uznać „Mrowisko” za koncept album. Pewien istotny szczegół odróżnia jednak pierwszy longplay Klanu od kanonicznych progrockowych płyt opatrzonych tą etykietką. Mimo kompozycyjnego rozmachu i mnogości środków instrumentalnych, po jakie sięgnął zespół (poza tradycyjnym rockowym instrumentarium znalazło się tu też m.in. miejsce dla fletu), mamy tu do czynienia z krótkimi, płynnie przechodzącymi jedna w drugą, kompozycjami. Między innymi z tego powodu „Mrowisko” jawi się słuchaczowi jako album dynamiczny, wielobarwny, wytrącający z percepcyjnej stagnacji, w jaką często popadamy. Przewidywany dalszy ciąg tej historii powinien być następujący: Klan robi błyskotliwą karierę na krajowym podwórku i na dobre trafia do rockowego panteonu, z czasem staje się też rozpoznawalny za granicą jako jedno z najciekawszych zjawisk muzycznych w demoludach. Rzeczywistość okazała się jednak dalece mniej satysfakcjonująca: ze względu na trudności ze zdobyciem instrumentów i aparatury nagraniowej o odpowiedniej jakości, zespół nie mógł w pełni realizować swoich artystycznych założeń. Ponadto: konsekwencją akomercyjnej postawy Klanu były niezbyt zadowalające zarobki. Zmęczeni balansowaniem na ekonomicznej krawędzi członkowie grupy Maciej Głuszkiewicz i Andrzej Poniatowski zdecydowali się na wyjazd do Skandynawii, gdzie rozpoczęli pracę jako muzycy barowi. 

Ałaszewski podjął jeszcze dwie próby reaktywacji grupy. Zarówno „Po co mi ten raj” (1992), jak i „Laufer” (2012) spotkały się z dość ciepłym przyjęciem, nijak miało się to jednak do zainteresowania krytyków i części – zmęczonych nieco big beatową przewidywalnością – słuchaczy z przełomu lat 60. i 70. Samo „Mrowisko” jest dziś natomiast niekwestionowanym klasykiem „drugiego obiegu”, płytą dla wtajemniczonych. Reszta – nawet, gdy kontakt z muzyką nie ogranicza się w jej wypadku wyłącznie do słuchania radia i słuchania telewizji – zapytana o wielki polski progresywno-rockowy album z początku lat 70. odpowie bez mrugnięcia okiem: „Enigmatic” Niemena. Pytanie, czy „Mrowisko” ustępuje pod względem artystycznym wspomnianemu longplayowi, potraktujmy jako retoryczne.

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *