„Sen” Edyty Bartosiewicz

Jeżeli spojrzymy na sprawę z dzisiejszej perspektywy, Edyta Bartosiewicz wyda się nam zapewne wykapanym dzieckiem swoich czasów. Jej – nieco zapomniany już – debiut „Love…” (zawierający wyłącznie piosenki w języku angielskim) był przesycony modnym na początku lat 90. sophisti popem. Doskonale wpisywało się w to inteligencko-mieszczański trend silnie promowany przez „Gazetę Wyborczą”: przypomnijmy, że w dobie wielkiej popularności muzyki chodnikowej dziennikarze przekonywali, że Polacy w pierwszych latach po transformacji sięgają najchętniej po albumy Stinga i muzykę klasyczną.

„Sen” z 1995 roku, stanowiący przepustkę dla Bartosiewicz przepustkę do wielkiej kariery, to już płyta z gruntu gitarowa, korespondująca z grunge’owym szaleństwem, jakie zapanowało nad Wisłą, a którego doskonały dowód stanowi również komercyjny sukces grupy Hey i ich debiutanckiego „Fire”. Nie chcę bynajmniej zarzucać wokalistce wyrachowania. To raczej przykład tego, w jaki sposób ówczesne trendy rezonowały w jej twórczości. Oczywiście znajdziemy na „Śnie” fragmenty żywcem wyjęte z katalogu Hole (np. “Move Over”) – skojarzeniu temu sprzyja charakterystyczna, chropowata barwa Bartosiewicz – Smashing Pumpkins czy Pearl Jam. Nie brak tu esencjalnych dla muzyki rockowej tamtych czasów zagrywek w rodzaju opartych na basie mostków czy symetrycznych riffów (np. refren w „Zabij swój strach” – to Nirvana, Boston, a może „Louie Louie”?). Trudno też nie zauważyć wpływu, jaki miały na wokalistkę działające solowo pop rockowe gwiazdy w rodzaju Alanis Morrisette. Mimo to „Sen” sprawia wrażenie płyty na wskroś autorskiej, zawieszonej gdzieś pomiędzy wzorcami zza Wielkiej Wody a bezpretensjonalną lokalnością. (Nie do końca zrozumiała wydaje się decyzja, aby trzy z dwunastu utworów zostało opatrzonych anglojęzycznymi tekstami, co nieco zaburza spójność albumu.) Trudno nie ulec przy tym energii takich kompozycji jak „Zabij swój strach”, którą to śmiało możemy traktować jako dźwiękowy zamiennik antydepresantów. Wyróżnić należałoby też oniryczną (nomen omen) piosenkę tytułową czy opatrzony majestatycznym refrenem „Tatuaż”.

„Sen” to pop najwyższej próby – „pop” oznacza tu jednak nie błahość, a nośność, nieprzemożoną chwytliwość. Bartosiewicz chętnie sięga bowiem po tematy spoza „zestawu obowiązkowego”: wspomniany „Tatuaż”, któremu towarzyszy dość sugestywny wideoklip, czy „Zabij swój strach” to piosenki o emancypacyjnej wręcz wymowie, które śmiało mogłyby zostać poddane interpretacji w duchu feministycznym. Gdyby w Sevres postanowiono zaopatrzyć się we wzorzec znakomitego pop rocka o post-grunge’owych inklinacjach, to jestem pewien, że poznalibyście go po okładce ze skrzypcami.

 

 

 

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *