„Tabu” – najlepsza płyta w karierze Kombi?

Nie znajdziemy na „Tabu” wielkich, ponadczasowych hitów w rodzaju „Słodkiego, miłego życia” czy „Black & White”. Choć nie brakuje tu nośnych refrenów, czego dobry przykład stanowią utwory „Tabu – obcy ląd” czy „Pamiętaj mnie”, siła tego albumu nie leży bynajmniej w jego przebojowości. Piąty longplay Kombi to przede wszystkim najbardziej dojrzały i spójny album w ich dorobku. Album, na którym trzyosobowy skład (co warte podkreślenia: po raz pierwszy zrezygnowano z usług perkusisty i ograniczono się do automatu Yamaha RX5) jawi się nam jako niezawodna maszyna, której wszystkie elementy zdążyły się już na dobre dotrzeć. 

Choć syntezatorowe pejzaże Łosowskiego oraz groove’ujące partie basu Tkaczyka (ten klang w “Pamiętaj mnie”!) muszą robić wrażenie, to głównym aktorem na „Tabu” wydaje się frontman grupy. W latach poprzedzających premierę płyty Skawiński okrzepł jako wokalista i poszerzył zestaw stosowanych środków, o czym świadczą post-Motownowe linie wokalne z “Też chciałbym tak” i “Nadziei coraz mniej”. Na dobre wyklarował się też jego specyficzny styl gry na gitarze oparty o legato. Mimo silnej obecności tradycyjnych rockowych brzmień, „Tabu” to jednak jednoznacznie popowy album o syntezatorowych inklinacjach. A zarazem: album w śmiały sposób dialogujący z głównym nurtem zachodniej muzyki rozrywkowej (patrz: studyjny patent zwany „orchestral hit”, który pojawia się w piosence tytułowej) i frenetycznej muzyki tanecznej spod znaku Pauli Abdul, Janet Jackson oraz jej starszego brata Michaela, który w momencie premiery „Tabu” był u szczytu popularności (w 1987 roku ukazał się słynny album „Bad”). To również płyta przełomu, rozumianego w różnoraki sposób: wydany w historycznym roku 1989 longplay, poprzez swoją muzyczną aktualność, zapowiada śmiały zwrot w stronę Zachodu i dołączenie do kapitalistyczno-demokratycznej wspólnoty; trudno przy tym nie potraktować tekstów takich utworów jak „Nietykalni” czy „Bez szans” jako swego rodzaju rozliczeniowych moralitetów, natomiast, wydawałoby się: fantazyjno-egzotyczna, piosenka tytułowa pobrzmiewa silnie zakorzenionymi w społeczeństwie obawami dotyczącymi świata migoczącego gdzieś za żelazną kurtyną. 

Jak się okazało: być może najlepszy album w historii Kombi był zarazem łabędzim śpiewem zespołu. W 1991 na rynek trafiła składanka największych przebojów grupy. Kolejne lata naznaczone były schizmą, która trwa do dziś*. W momencie, w którym piszę te słowa, w polskim przemyśle muzycznym funkcjonuje zespół Kombii, w którym Skawińskiemu i Tkaczykowi towarzyszy Sławomir Pluta związany z zespołem na przełomie lat 70. i 80., oraz kierowane przez Łosowskiego Kombi, w którym rolę wokalisty pełni Zbigniew Fil, związany wcześniej m.in. z Pilichowski Band.

*W 1995 roku Łosowski nagrał jeszcze wraz z synem Tomaszem płytę „Nowe narodziny”, którą można traktować jako część dyskografii Kombi.

Tekst jest częścią projektu „Po(p)land. Baza polskiej muzyki popularnej” realizowanego dzięki stypendium twórczemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *